#012 | 512 kilometrów do sukcesu i spełnienia

18 czerwca 2020

Nie samą pracą człowiek żyje. I całe szczęście! Maciek coś o tym wie i na świeżo po ukończeniu rajdu Pomorska 500 opowiada o żabach, emocjach i odbierającym mowę lądowaniu na mecie. Odcinek o pasji, mówieniu z brzucha oraz o tym jak to wykorzystać w biznesie i wystąpieniach publicznych.

Posłuchaj

Kilka linków dotyczących odcinka

Strona rajdu Pomorska 500 (klik)
Relacja video autorstwa Bushcraftowy (klik)

Odcinek do poczytania

Oto podcast Opowiedz.to, odcinek 12, w którym porozmawiamy o tym, że podobno nie samą pracą człowiek żyje i że każdy ma historię, którą warto opowiedzieć.

[Ania]  Maciek ma za sobą pewną przygodę i teraz pytanie, czy można ją wykorzystać biznesowo? A dla wszystkich tych, którzy śledzili nasze doniesienia na profilu na Facebooku i na Instagramie, krótkie sprawozdanie z Maćka udziału w “Pomorskiej 500” 512 kilometrów w 64 godziny i 50 sekund.

Anna Kędzierska.

[Maciek] I Maciek Cichocki.

[Ania] Zapraszamy do wysłuchania!

Maciek, 14 czerwca, dokładnie o godzinie 2:36 nad ranem, na swoim profilu Facebookowym umieściłeś taki mocno rozbudowany wpis, pozwól, że zacytuję: “Także tego…”

[Maciek] Cytowałaś z pamięci, czy musiałaś przeczytać?

[Ania] Musiałam przeczytać, bo bałam się, że może użyję nie takich słów, a wiem, że Ty do nich przywiązujesz wagę i teraz moje pytanie jest takie, czy są takie momenty w życiu storyteller-a, że brakuje słów?

[Maciek] Tak, absolutnie tak. Może to “Także tego” na mecie Pomorskiej nie wynikało z braku słów, a wynikało z tego, że dostałem zimne piwo i ciepłe pierogi, i ta potrzeba zaspokojenia głodu i pragnienia była silniejsza niż wszelkie intelektualne moje możliwości na tym etapie.

[Ania] Rozumiem, że też byłeś bardzo szczęśliwy, że nie pomylono temperatur, że było zimne piwo i ciepłe pierogi, a nie na odwrót.

[Maciek] To było dobrze dopasowane. Kolejna rzecz jest taka, że ponieważ kończyliśmy tak, jak powiedziałaś, to była 2:35, mamy oficjalny czas wjechania na metę. Mówię “mamy”, bo całą trasę jechałem z kolegą Pawłem, to nad Bałtykiem, bo plaża była usytuowana na plaży w Brzeźnie, w zasadzie tuż przy molo w Brzeźnie. Nad Bałtykiem już kolorowało się niebo, bo słońce szykowało się do wschodzenia, więc efekt wizualny, przyrodniczy, plus schodzące emocje, potworne zmęczenie, nie będę tego ukrywał, bo to było dla mnie potężne wyzwanie, satysfakcja, radość dojechania na metę, największa satysfakcja z tego, że za chwilę nie będę musiał wsiadać na rower i jechać dalej. Nawet jakbym chciał, to przede mną był już Bałtyk, więc jedyne co mogło mi przyjść do głowy, to przejechanie się przez molo, a dalej się już po prostu nie da, więc to jest fantastyczne miejsce na ustawienie mety. To wszystko spowodowało, że mój szczyt intelektualny był zwerbalizowany w postaci słów “Także tego”. To oczywiście było jeszcze dopełnione obrazem, bo wiem od Ciebie Aniu, że jeden obraz daje więcej niż tysiąc słów, więc pozostałem na dwóch słowach i na obrazie, który na zdjęciu pokazywało właśnie medal, pierogi, piwo i chyba coś jeszcze z logiem Pomorskiej, żeby dopełnić kompozycji.

[Ania] Tak, taka chusta przydająca się nie tylko do zakrywania twarzy, taki komin, jeśli dobrze pamiętam?

[Maciek] Tak, mieliśmy je też po to, żeby spełnić warunki dystansu społecznego na starcie o, co ojciec dyrektor bardzo dobrze zadbał, więc to też była rewolucja w całej imprezie, że mieliśmy trochę o logowanych gadżetów, które teraz będą na wieczną rzeczy pamiątkę i myślę, że to jest dobry początek, żeby kolekcję rozszerzać i z różnych innych imprez zwozić sobie takie gadżety, przynajmniej mam taki pomysł.

[Ania] Ja coś czuję Maciek, że ten odcinek nie będzie łatwy, nawet będzie wyjątkowo trudny, bo ciężko mi będzie dorwać się do głosu, bo Ty jesteś ciągle tak nakręcony po tych kilku dniach… Ale zanim przejdziemy do biznesu i do tego, że każdy ma swoją historię do opowiedzenia i że nie samą pracą człowiek żyje, to dla tych wszystkich, którzy Ci Maciek kibicowali, to jak było, mówiłeś cały czas początek, to jaki był początek w porównaniu z końcem? Tak wiesz, jeśli chodzi o doświadczenie, oczekiwania, emocje, wyzwania… Była jakaś różnica, dało się zauważyć? Oczywiście poza widokami, kiedy na starcie przed Tobą trasa, a na mecie tylko morze.

[Maciek] Było wiele różnic, ale tak naprawdę cała zabawa zaczęła się jeszcze przed początkiem, bo cała opatrzność, nie wiem jak ją nazywać, chciała nam chyba dać do zrozumienia, że może to nie jest najlepszy z naszych pomysłów, brać udział w takiej imprezie, ponieważ jadąc na miejsce startu, mieliśmy przesiadkę. Plan był taki, że jedziemy pociągiem do Kołobrzegu, tam przesiadamy się w pociąg do Goleniowa. Margines czasu pomiędzy jednym pociągiem a drugim był minimalny. Pociąg do Kołobrzegu oczywiście był spóźniony, więc zapytaliśmy konduktora, czy można by było się jakoś skomunikować, żeby jeden pociąg poczekał na drugi. Konduktor powiedział, że tak, sprawdzi, wrócił z czarującym uśmiechem z maseczką zsuniętą na brodę i powiedział: “Ale takiego pociągu do Goleniowa nie ma”.

[Ania] O!

[Maciek] Ale jak to nie ma? Przecież mamy bilet kupiony, wydrukowany, oficjalnie sprzedany, z datą. “Moja stacja, znam rozkład jazdy, tam takiego pociągu nie ma” i niestety miał rację, więc zaczęło się robić gorąco…

[Ania] A Wy z rowerami… Dodajmy dla tych, którzy nie widzieli Waszych zdjęć.

[Maciek] Tak, z rowerami, ze sprzętem, ze wszystkim, więc gorączkowy przegląd tego, co możemy. Okazało się, że najrozsądniej jest wysiąść trochę wcześniej niż w Kołobrzegu i kombinować inne połączenia. Jak w końcu przesiedliśmy się w inny pociąg, który miał nas dowieźć do Szczecina, to po dwudziestu minutach od ruszenia usłyszeliśmy komunikat, że zepsuła się lokomotywa, więc staliśmy w szczerym polu. Jak już w końcu lokomotywa została podmieniona i dojechaliśmy do Szczecina, to z niego zostało nam do przejechania jeszcze 60 km na metę, a godzina też już była późno nocna. Tam też doświadczyliśmy jeszcze paru przygód, związanych już chyba ze zmęczeniem, bo na jednej stacji benzynowej stanęliśmy, żeby uzupełnić płyny i jak już ruszyliśmy, to po 5 km kolega stwierdził, że w zasadzie zostawił bagaż na stacji, który przyda mu się na ten rajd, więc wracaliśmy na stację i tak jeszcze parę takich rzeczy, które spowodowały, że na tym miasteczku startowym stawiliśmy się około drugiej w nocy, więc zanim załatwiliśmy formalności, zanim rozbiliśmy nasze biwakowe sprzęty, to jeżeli dobrze pamiętam, położyliśmy się około trzeciej, a o godzinie piątej startowali pierwsi zawodnicy, więc  nawet jeśli chciało się spać, to co pięć minut dało się słyszeć przez megafon, że kolejna piątka rusza na trasę, więc tego snu przed startem mieliśmy absolutnie minimum. To była taka przygoda przed przygodą.

[Ania] To w nawiązaniu do tego, co powiedziałeś o tej przygodzie przed przygodą, o tym, że opatrzność od początku wsadzała Wam kij w szprychy, to pamiętam taką naszą rozmowę, jak przygotowywałeś się do rajdu i mówiłeś, że jesteście zaplanowani ze startem na 9:30 i pamiętam, że wspomniałeś, że wolałbyś wystartować wcześniej, z samego rana, więc może dobrze się zdarzyło, że ten start nie był wcześniej o piątej, bo tego snu mielibyście strasznie mało. Dobra, na początku schody, a co potem? Potem już wiatr w żagle i pędzicie?

[Maciek] Tak, potem już było cudownie, o wyznaczonej godzinie stanęliśmy na starcie, ruszyliśmy. Na starcie jeden z zawodników, bo byliśmy pogrupowani w piątki, zapytał nas, jakie mamy plany, bo on chce pocisnąć, żeby dogonić jakąś grupę, która wystartowała przed nim. Powiedzieliśmy, że będziemy mu bardzo kibicowali, ale z daleka, niech on tam sobie pociśnie, a my sobie pojedziemy i to będzie taki bardzo nie sportowy fragment, ale szczery, a to jest chyba najważniejsze. Wyruszyliśmy ambitnie, w swoim tempie, rozkoszując się trasą, którą już znaliśmy, bo jechaliśmy nią wcześniej w nocy w drugą stronę ze Szczecina, więc dowiedzieliśmy się, co nas ominęło widokowo poprzedniego dnia i dojechaliśmy do pierwszej miejscowości, a tam, mimo tego, że to było to Boże Ciało, był otwarty sklep.

[Ania] Brzmi dobrze!

[Maciek] Kolega zarzucił, a ja nie protestowałem, bo byłem absolutnie turystycznie, że to jest dobry moment, żeby na dobry początek na chwilę się zatrzymać i mówiąc wprost, napić się piwa, jako żeby uczcić start.  Zaczęliśmy od postoju…

[Ania] Słyszałam, że to jest bardzo dobry izotonik.

[Maciek] Tak. Zaczęliśmy od postoju, co pokazało nasz dystans do ścigania się i wszystkiego innego. Oczywiście słowo “dystans do ścigania się”, jest ładnym wytłumaczeniem braku formy, która pozwoliłaby na rywalizację. Jechaliśmy po to, żeby zmieścić się w limicie czasu, jeżeli chodzi o jakieś sportowe cele, to był jedyny, ale przeszło nam potem takie stawanie. Jak zobaczyliśmy jaka jest trasa, to nam  wywietrzały z głowy te pomysły, bo przyznam szczerze, że przyszło nam do głowy, czy te 80 godzin jest realne do zrobienia, czy to nie jest zbyt kusy limit czasu, na to, co organizator, a może mniej organizator, a bardziej aura sprawiła na trasie.

[Ania] Ale były jakieś przygody? Bo wiesz, póki co, to brzmi, jak taka bułka z masłem.  Wprawdzie od piątej budzili, ale u Was spokojny start o 9:30, potem wizyta w sklepie, piwko, gdzie w tym wszystkim emocje, coś się działo między startem a metą?

[Maciek] Emocje czaiły się już długo przed startem, dlatego że na grupie, która jednoczy uczestników tego wydarzenia, było tysiące dyskusji na temat tego, jaki rower będzie najlepszy na tę trasę i przeważały głosy, że raczej rower górski na szerokiej oponie, dlatego że jest dużo piasku, dużo błota. Mieliśmy zaplanowany start na rowerach grawelowych, szutrowych z oponami zdecydowanie cieńszymi i zostaliśmy przy tym wyborze, na zasadzie, że sprawdzimy. Taki był plan, tak jedziemy, nie ma co tutaj kombinować, jednak tych asfaltów, tych twardych szutrów, też miało trochę być. Początek trasy był takie, że już po rozjeździe, po pierwszych 15-20 km dostaliśmy pierwszy sygnał ostrzegawczy, że ten rower górski to nie byłby głupi pomysł, bo wjechaliśmy w bardzo piaszczyste lasy, ale to jeszcze na energii na sile, jakoś dało się to przejechać, potem pojawiły się asfalty, potem jakieś inne drogi, jakoś to szło. Jakiś pierwszy opad deszczu, bo pogoda na trasie też płatała figle, chociaż akurat my przejechaliśmy beż większej ulewy, bo ci, co jechali szybciej, załapali się na potężną ulewę. Nas to ominęło, więc kolejny dowód na to, że nie zawsze warto się spieszyć i tak się turlaliśmy w tym swoim tempie, oczywiście dbając o to, żeby ono nie było jakieś tragiczne. Droga zaczęła się stopniowo zmieniać na bardziej górską. To jest niesamowite, ale mniej więcej w prostej linii między Szczecinem a Gdańskiem, naprawdę jest masa pagórków, więc ta droga zaczęła robić się górska, coraz bardziej terenowa, ale nadal to było dobre rozwiązanie na rowery, na których jechaliśmy, więc wszystko układało się świetnie, a już taką wisienką na torcie pierwszego dnia, było dojechanie do spontanicznie urządzonego przez ludzi bufetu, gdzie ktoś, właściciel jakiejś stadniny, przy której przejeżdżaliśmy, wiedział że jedzie rajd i wystawili termosy z kawą, herbatą, żebyśmy mogli się zatrzymać. Tam oczywiście całe grupy zalegały na trawie, żeby się pożywić i to tak sobie przyjemnie  się toczyło 150 km do Drawska Pomorskiego. Ponieważ trochę zmokliśmy, mieliśmy zarwaną noc, to podjęliśmy decyzję, że w tymże Drawsku Pomorskim przenocujemy pod dachem. Ważna informacja jest taka, że formuła tego rajdu jest taka, że to jest określone w regulaminie, bez pomocy zewnętrznej, to oznacza, że wszyscy zawodnicy na starcie muszą mieć te same szanse, czyli nikt z nas, nie może mieć zarezerwowanego noclegu. Możemy spać pod chmurką, wiadomo, że czołówka jedzie bez snu, albo jedzie z drzemką dwugodzinną na przystanku. Amatorzy czasem takie noclegi sobie planują, czasami to są noclegi plenerowe, my na takie byliśmy przygotowani. Mieliśmy sprzęt biwakowy, który oczywiście dociąża rower, bo to jest zawsze coś za coś, albo można na trasie zarezerwować sobie nocleg i spokojnie wyspać się pod dachem, byleby to nie był nocleg w domu rodzinnym, bo inni uczestnicy tego nie mają i nie był wykupiony przed startem, bo to też nie byłyby równe szanse. Tak sobie stwierdziliśmy z trasy, że to Drawsko będzie dobrym punktem, bo te trudy poprzedniej nocy nas doganiały i nie wiedząc, co czeka nas dalej, po 150 km wylądowaliśmy w uroczym hoteliku, gdzie bez zająknięcia, bez mrugnięcia okiem właściciele pozwolili nam wręcz wnieść rowery do pokoju. Rowery, które były pacynami błota…

[Ania] Po trasie…

[Maciek] Tak, więc tutaj duży ukłon i uśmiech dla tych ludzi, którzy mieli dla nas wielkie zrozumienie, nie tylko dla nas, bo jeszcze kilka ekip tam nocowało. Ten nocleg ustawił nas w odległej części stawki, bo był stosunkowo wcześnie. 150 km, to dość krótki dystans, jak na pierwszy dzień takiego rajdu, ale taką decyzję podjęliśmy i tak sobie tę pierwszą noc w ciepełku spędziliśmy, chociaż ona też była krótka, przed szóstą pobudka, żeby w miarę wcześniej wyjeżdżać, ale nadal jest to wariant turystyczny, bo przy sportowym ludzie dużo mniej spali. Wielki podziw dla nich.

[Ania] Jak tak Ciebie słucham, to cały czas było Ci jak u Pana Boga za piecem?

[Maciek] Bo tak było. Pierwszy dzień toczył się sam, to co najważniejsze na rowerze, czyli cztery litery nie były jeszcze obite, ani poobcierane. Wszystko działało, trasa była urokliwa, przepiękna. Leszek Pachulski ojciec, dyrektor tej i jeszcze wielu innych imprez, które organizuje, po raz kolejny wspiął się na wyżyny i osiągnął coś niemożliwego, bo wiedząc już, jak ta trasa wygląda, mam stuprocentową pewność, potwierdzoną w rozmowie z nim, że tego nie da się wytyczyć palcem na mapie. Po prostu trzeba zjeździć tysiące ścieżek, żeby wybrać drogę, która powoduje, że my przy 150 km przejeżdżaliśmy przez trzy osady ludzkie, a co oznacza, że mieliśmy szansę na dwa miejsca, gdzie mogliśmy kupić coś do jedzenia i do picia. To też pokazuje skalę tego, ile trzeba mieć ze sobą, żeby nie zabrakło np. wody. Jechaliśmy dzikimi ostępami przyrody, pośród rozlewisk wody, gdzie żaby darły ryje tak głośno, że nie dało się zebrać myśli, obserwując różną zwierzynę, która chce nam spod tych kół prysnąć, albo pod te koła wbiec. Absolutny kontakt z naturą, przyrodą, zakończony w Drawsku, czyli w cywilizacji rzeczywiście z takim nastawieniem, że okej, jesteśmy w plecy kilometrowo, bo matematycznie powinniśmy robić codziennie około 180 km, między 160 a 180. Zrobiliśmy 150, więc trzeba to nadrobić, ale nie będzie kłopotu. Tak nam się wydawało…

[Ania] Przyznam Ci się szczerze, że na ten kłopot czekam, bo Ty, jak uczysz budować opowieści, to podkreślasz zawsze, że bohaterowi kibicujemy zawsze, kiedy popada w tarapaty, a tu póki co, jest wszystko na lajcie. Normalnie wsiadam jutro na rower i jadę Pomorską 500.

[Maciek] Załapaliśmy się jeszcze przed zamknięciem jednej, jedynej knajpy w okolicy w Drawsku, zjedliśmy makaron, popiliśmy izotonikiem, o którym wcześniej wspominałaś i ja się zgadzam, że jest on bardzo dobry w takich sytuacjach, wymyliśmy się, wyspaliśmy się. Cali szczęśliwi wyruszyliśmy następnego dnia na trasę, na najgorsze 70 km, jakie na tej trasie było! O czym oczywiście nie wiedzieliśmy, jedynie wieczorem przeglądając grupę i czytając to, co wrzucali ci, co byli przed nami, coś tam się czaiło, jako niepewność. To, co się wydarzyło na następnych, dokładnie 70 km, to delikatnie mówiąc, było to wyzwanie, a mówiąc wprost, to była rzeź niewiniątek. Jechaliśmy przez błotne rozlewiska, o błocie głębokości powiedzmy od 5 cm do 20-30 cm.

[Ania] Na tych cienkich oponkach, które masz u siebie w rowerze?

[Maciek] Tak!

[Ania] Oj, to ja już to widzę, nie znając się nawet na fizyce, jak to po prostu zatapia się w tym błocie i wchodzi, jak nóż w masło.

[Maciek] Miałbym takie wytłumaczenie, to jest bardzo wygodne… Kurczę, ja mam takie cienkie opony, to wiadomo, że będzie mi ciężej, ale dzień wcześniej na piaszczystym odcinku, gdzie nasze rowery tańczyły, jak chciały, gdzie koła się zakopywały, w pewnym momencie usłyszeliśmy szybkie “Cześć-Cześć” i minął nas charakterystyczny dżentelmen. Charakterystycznie ubrany, bo w czarno-żółtej koszulce Baybordu. Już po tej koszulce wiedziałem, że jest to Pan Zbigniew Mossoczy, zwycięzca i rekordzista Wisły 1200, zwycięzca i rekordzista Carpatii Divide, który przejechał ją w takim czasie, że czapka z głowy dla tego, który go wyprzedzi i jechaliśmy w tym samym terenie, gdzie on miał dwa razy cieńszą oponę niż ja. Ja jechałem w tempie 3 do 6 km/h, on jakieś 26 do 30 km/h. Ten rower praktycznie nie dotykał ziemi. To jest bardzo wygodne wytłumaczenie “wąska opona” prawda jest taka, że technika i siła robią różnicę, więc można to przejechać szybciej, ale tego na ten moment nie umiem, więc mój rower rzeczywiście tańczył, jak chciał i w tym błocie wykonywał różne rzeczy, ale jechaliśmy i tak naprawdę świetnie się przy tym bawiliśmy, wliczając w to różne kąpiele błotne, które się wydarzyły, bo nie sposób bez przewrotki taki odcinek przejechać i te 70 km było ciężkie dość powiedzieć, że po tych 70 km, średnią prędkość mieliśmy około 12 km/h, a zaplanowane 180 km na dany dzień, więc to pokazywało, że lekko nie będzie i to był ten moment, kiedy zaczęło mi świtać w głowie, że ten limit czasu 80 godzin, to nie jest nam tak szczodrze zaoferowane, więc było potężne wyzwanie. Sprzęt na szczęście nie zawiódł, bo w takich warunkach takie rzeczy mogą się wydarzyć, ale rowery mój i Pawła sprawdziły się niesamowicie. Nic im się złego nie wydarzyło. Nasze siły i kondycje zostały nadszarpnięte, ale po 70 km dojechaliśmy pod sklepik, gdzie takich jak ja, umorusanych błotem było wielu. Tradycyjny posiłek w postaci bochenka chleba, paczki żółtego sera w plastrach, paczki kabanosów, lodów, ogórków kiszonych- wszystkiego, co było.

[Ania] Jak kobieta w ciąży!

[Maciek] Tak, zresztą dzisiaj rano słuchałem w radio Weszło FM wywiadu z organizatorem, ojcem, dyrektorem i on wspominał, z czym się oczywiście zgadzam, że jedną z rzeczy, które trzeba się nauczyć na takich rajdach ultra kolarskich, to żeby trochę niezgodnie z zasadami dietetyki, nauczyć się startować z przepełnionym brzuchem.

[Ania] Żeby był akumulator, z którego można brać energię.

[Maciek] Tak, to musi na długo starczyć!

[Ania] Przepraszam Maciek, zanim dojdziesz do kolejnego etapu, to mam taką myśl. Powiem Ci, że to nie jest proste, pomimo tego, że Ci macham rękoma, bo my się tutaj, podczas nagrania widzimy, to wejść Ci w zdanie w momencie, kiedy akurat bierzesz oddech, to nie jest proste zadanie, bo te oddechy są jakieś przyspieszone. Wracając do mojego pytania… Powiedziałeś o tym, że 70 km,  że w błocie, że z zawrotną średnią prędkością 12 km/h, ze świadomością, że te 80 godzin, które macie na przejechanie trasy, to nie jest szczodry dar, co w takim momencie dodaje sił? Śpiewanie piosenek, soczyste przekleństwa, czy może rozmowy z żabami, co pomaga przetrwać?

[Maciek] Trudno powiedzieć, ponieważ myślę, że to jest bardzo indywidualne. Myślę, że każdy ma swoją piętę Achillesa i każdy ma swoją, inną część ciała superbohatera, niech będzie loczek Clarka Kenta dla zrównoważenia.

[Ania] A co Ty masz?

[Maciek] Ze względu na fryzurę, brak loczków. Nie wiem, to jest tak, że ja wracam do tej zabawy po wielu latach. Mam za sobą wiele inaczej zorganizowanych, ale trudnych rajdów: “TransCarpatia”, “Bike Challenge” w latach 2006-2007, bo wtedy startowałem i z jednej strony minęło już dużo czasu, ale z drugiej strony, jak ostatnio mi powiedział znajomy ultras biegacz, że baza wypracowana za młodu nie ginie. Moja głowa już wie, że ja jestem w stanie to przejechać. Ja wiem, że będę się męczył, ja wiem, że będzie bolało. Ja to wiem na starcie. Chyba każdy, kto podchodzi do takiego startu wie, że to będzie bolało. To musi boleć, to inaczej się nie odbędzie. Ja już wiem, że jestem w stanie to przejechać, więc nie miałem na trasie, w żadnym momencie jakiegoś kryzysu. Nie mówię o fizycznych, bo takie oczywiście były, takie kolarskie bomby, wyjechania się ze wszystkiego i taka niemożność naciśnięcia pedału po raz kolejny, wynikające po prostu z braku jakiegoś elementu w organizmie, który trzeba szybko uzupełnić, ale jeśli chodzi o efekt psychiczny, absolutnie nie miałem takiego zwątpienia. Być może aż tak mocno mnie ta trasa nie doświadczyła. To też nie jest tak, że myśli uciekają w różne strony, bo jak jedzie się 70 km po błocie w jedną stronę, to świat ogranicza się do przedniego koła i błota przed nim, po to, żeby trafić w odpowiednie miejsce tym kołem, żeby ono się nie oślizgnęło i po prostu nie wyrżnąć. O ile odcinki szutrowe, asfaltowe pozwalają szybko nawijać kilometry, bo tam się szybciej jedzie, o tyle mam wrażenie, że przynajmniej dla mnie, takie odcinki techniczne, trudne, błotne, takie, gdzie trzeba, brodząc po pół łydki w wodzie, prowadzić rower, bo takie odcinki też były, to już nie było błoto, to było po prostu rozlewiska, to takie odcinki powodują, że czas się szybciej nawija. Wiem, że z fizycznego punktu widzenia jadę wolniej, ale mam wrażenie, że to się dzieje szybciej, przez to, że ta trasa pochłania mnie całego, ona się dzieje. Mnie już bliżej do takiego kryzysu i zniechęceń, jak jest długa, prosta po asfalcie, wtedy nie wiem co ze sobą zrobić. Ja jednak jestem stworzeniem leśno-terenowym. Cały czas takie środowisko jest dla mnie bardziej naturalne, więc wbrew wszystkiemu szło to dobrze, tylko matematyka była nieubłagana i pokazywała nam, że ten czas nam ucieka do tej 80-dziesiątki.

[Ania] Czyli cały czas słyszeliście w uszach cykanie zegara?

[Maciek] Przez ten rechot żab coś takiego się przewijało. Mam wrażenie, że to określenie rechot żab, nie jest przypadkowe. One naprawdę musiały mieć tam niezły ubaw z nas i z tych wszystkich, którzy z tym błotem walczyli. Mnogość emocji, które jest w stanie wyrazić parę słów w języku polskim, dominowała na tamtych odcinkach trasy. Co chwila dało się słyszeć soczyste słowa, na charakterystyczne litery. Najczęściej na “k”, bo to słowo jest jakieś magiczne, można w nie włożyć wszystko od zachwytu, poprzez desperację, ale to są też takie słowa mocy, dokładnie jak w ostatniej scenie “Seksmisji”, kiedy już nie wiadomo co zrobić, bo jest jeszcze potrzebne hasło i wtedy Max rzuca pod nosem to słowo na “k” i okazuje się, że to jest to hasło. Ono ma moc wywalenia z siebie resztki energii i nagle się okazuje, że po takim soczystym słowie na “k”, człowiek wsiada na rower i jedzie dalej i okazuje się, że można, choć przed chwilą wydawało się to niemożliwe.

[Ania] To z perspektywy żaby, wyobrażam sobie to w taki sposób, że one siedzą sobie tam teraz i plotkują, że jak ludzie przemieszczają się po ich terenach, to mają dosyć słaby zasób słownictwa. Żaba to i “re-re” i “kum-kum”, i “rebet” nawet po angielsku…

[Maciek] Tak.

[Ania] To, komu tu bliżej do naczelnych?

[Maciek] Wiesz co? Żaby, jak żaby, ale nie wiem, czy zdarzyło Ci się kiedyś, żeby na czołowe szedł Ci zająć?

[Ania] Nie, przede mną uciekają, a przed Tobą nie, taki odważny?

[Maciek] No właśnie też mam takie wrażenie. Część jechaliśmy w nocy, żeby zmieścić się w limicie czasu.

[Ania] To tylko sprawdzę, ten zając był na rowerze?

[Maciek] Nie i to nie był omam!

[Ania] Uff…

[Maciek] Choć czasami przy długiej jeździe i przy wysiłku takowe się zdarzają. Część jechaliśmy w nocy, oczywiście wyposażeni w lampki, bo wiedzieliśmy. Ciemny las, który rozświetla tylko lampka na kierownicy i wspierająca ją lampka na kasku, jest o tyle niesamowity, że te światła powodują, że te cienie zachowują się dziwnie. Czasami wydawało mi się, że coś na mnie biegnie, a okazywało się, że to cień od gałęzi, którego oświetlałem. W pewnym momencie tej mrocznej scenerii, bo to łączą się trzy rzeczy, jest ciemno, bo jest się w środku lasu, jest błocko, więc pomijając fakt, że jest trudno, to błoto ma taką, a nie inną konsystencję, więc nie specjalnie odbija światło. To jakby gąbka, która pochłania wszystkie promienie świetlne, a trzecia rzecz jest taka, że ponieważ jest duża wilgoć, to ziemia paruje, oddaje to. Jest taki efekt, jak czasami jadąc samochodem w mgle, włączę światła długie.

[Ania] Nic nie widać.

[Maciek] Niby mamy mocne światło, a nic w nim nie widać, bo mgła przeszkadza. Są te trzy elementy i nagle pośród tego… Zawsze jak widzę taką atmosferę w lesie, jak widze taki parujący las, to przychodzi mi na myśl to, co Tolkien opisywał we “Władcy pierścieni” i tylko czekam, aż się pojawią na wzgórzach Nazgula, więc jest taki baśniowy, fantasy klimat i gdzieś w tym wszystkim, nagle przed nami świecą się dwa małe punkciki.

[Ania] Można się przestraszyć…

[Maciek] I w pewnej chwili te dwa małe punkciki ubierają się w taki znany kształt z długimi uszami i siedzi właściciel tego terenu, przecież to my jesteśmy u niego, a nie on u nas. Siedzi i patrzy w te lampki, które jadą w jego stronę. To, że patrzy w źródło światła nie jest niczym dziwnym, to znany przypadek, ale on siedzi i patrzy, a my jedziemy. Ten dystans między nami coraz bardziej się zmniejsza i w pewnym momencie zając, jak na zająca przystało, zrywa się do biegu, ale prosto na nas. Leci takie małe coś, rozpędzone do tempa, które mu szczerze zazdroszczę, bo ja też bym chciał tak szybko i dobiega do odległości mniej więcej 2-3 metrów od koła i dopiero odskakuje w las. Wrażenie jest niesamowite, bo nie tak to powinno wyglądać. Chwilę później przejeżdżamy drogą, przy której jest kępa drzew. Kępa drzew w świetle latarki, która jest skierowana na drogę, to jest coś, co za chwilę staje się czarniejszą czernią koło Ciebie i z tej czarniejszej czerni wyskakuje sarna, więc można się przestraszyć, a każde przestraszenie powoduje spięcie mięśni barków, a każde spięcie mięśni barków powoduje szarpnięcie kierownicy, natomiast szarpnięcie kierownicy powoduje uścisk koła na błocie i potem ogląda się to błoto z bliska, więc jest to związek przyczynowo-skutkowy, którego tam można doświadczyć. Spektrum spotkań z przyrodą, doświadczeń rzeczy, które w świetle dziennym są normalne, a w nocy urastają do czegoś innego, też było bardzo duże i stanowiło dodatek do całej przygody.

[Ania] Maciek, jak o tym wszystkim opowiadasz, to uśmiech nie schodzi Ci z twarzy. Dlaczego nie żałujesz, że pojechałeś? Wróciłeś z pęcherzami na dłoniach, bolącym karkiem, żona na Ciebie czekała przez te wszystkie dni, robota leżała odłogiem, a w poniedziałek byłeś taki zmęczony, że ledwo mówiłeś. Dlaczego nie mówisz o rajdzie ze smutkiem, z rozterką w głosie, z jakąś wątpliwością czy było warto?

[Maciek] Bo to lubię. Chyba pozostaje tylko taka odpowiedź jak to “także tego” na mecie. Mógłbym dorobić tutaj jakąś historię, tak naprawdę ona jest. Ja mam bardzo dużo dobrych wspomnień z rajdów z 2006 i 2007 roku o nawie “TransCarpatia”, to były rajdy, które prowadziły nas przez całe pasmo tatr Polski. Ta impreza z różnych względów zniknęła z mapy. Rok temu okazało się, że będzie reaktywowana. Zapisałem się spontanicznie, nawet nie jeżdżąc na rowerze, bo miałem długą przerwę. Z różnych względów nie nazywa się ona “TransCarpatia”, tylko dostała ona nazwę “Carpatia Divide”, to jakieś kwestie własności- nie w tym rzecz. Znowu wziął się za to ojciec, dyrektor Leszek Pachulski, a jak się za coś bierze, to robi fantastyczne imprezy. W zeszłym roku, jak ta Carpatia jechała, leżałem na kanapie z kolanem po operacji i oglądałem kropki, jak inni jadą, z silnym postanowieniem, bo dla mnie kolejna operacja kolana oznaczała definitywny rozbrat z koszykówką, to postanowiłem, że cała potrzeba aktywności i sportu, będzie przekierowana na rower. Głównym planem na ten rok, jest właśnie Carpatia, odbędzie się w sierpniu. Pomorska była przystawką, ale okazuje się, że przystawką można się też porządnie najeść, więc jestem w tej chwili najedzony.

[Ania] Zwłaszcza, jak się je przez 64 godziny, to nic dziwnego.

[Maciek] Tak, potem trochę trzeba zrzucać. Mogę do tego dorobić historię, że sprawdzenie siebie, udowodnienie, że jeszcze mogę, ale to by było chyba nie do końca uczciwe, bo ja w żadnym momencie nie podejrzewałem, że nie mogę, więc nie chciałbym na siłę dorabiać. Ja to lubię. Lubię być zmęczony fizycznie, a to tak, jak mówisz Aniu, my bardzo dużo pracujemy głowami i teraz co się wydarzyło przez te 64 godziny? Moja głowa pracowała tylko w rytmie, “nie przewróć się” i “kręć”, i “nie zapomnij oddychać”.

[Ania] Czyli 100% treningu uważności?

[Maciek] Tak, dla głowy najcudowniejszy, najwspanialszy relaks, jaki mogę sobie zafundować. Dla ciała super sprawdzian, ale znowu wyjście obronną ręką z tego sprawdzianu daje mi satysfakcję, więc tak, mówię o tym z uśmiechem i będę mówił o tym jeszcze z uśmiechem, jak o innych rzeczach, jakie mam za sobą. Nie zmienia to faktu, że w różnych częściach mojego ciała pojawiały się pewne bolaki, które pewnie jeszcze trochę będą w nim mieszkały.

[Ania] To taka pamiątka po doświadczeniach.

[Maciek] Tak.

[Ania] Mówiłeś Maciek, że pracujemy głowami, ja czasami mam okazję podsłuchać, co w Twojej głowie gra, kiedy opowiadasz o różnych rzeczach, łącząc swoje przygody wcale nie związane z biznesem. Tak jak np. Twój udział w wyprawie organizowanej przez fundację Jaśka Meli, kiedy to doświadczenia wykorzystujesz, jako kanwę do rozmowy o poszukiwaniu w sobie siły i super mocy, to co z tej przygody, z tej Pomorskiej 500, weźmiesz do doświadczenia zawodowego, jak będziesz z tego czerpać? Pytam także inspirująco dla naszych słuchaczy, żeby pokazać, że pozornie niepowiązane doświadczenia z tym, co robimy zawodowo, to z nich możemy właśnie brać garściami.

[Maciek] Pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, to będzie cytat z tego, co Ty często mówisz, że takie najlepsze wystąpienia, najlepsze mowy, najlepsze prezentacje, to są te, które się mówi z brzucha, a nie z głowy. Coś takiego jest, że mimo że dzieli nas pół Polski, jak teraz nagrywamy, oczywiście widzimy się na podglądzie, na monitorze, to Ty mówisz, że widzisz i słyszysz mój uśmiech i moje zaangażowanie się w temat, a to oznacza, że mówiąc o takich rzeczach, mówię inaczej. Jestem absolutnie zwolennikiem tego, żeby w moim życiu szukać rzeczy ważnych dla mnie. Nie ważnych, bo poprawne społecznie. Nie ważnych, dlatego że szerokie grono powie, że fajne, tylko ważnych dla mnie i na nich budować to, co chcę przekazać innym. W moim przypadku rzeczywiście tak się ułożyło, że najczęstszymi motywami przewodnimi są rzeczy związane z może nie ze sportem, bo sportowcy przejechali tę trasę w 24 godziny, ja w 64, a to jest najlepsze pokazanie różnicy, ale takich przygodowo-wyprawowych. Dlatego rzeczywiście ta pierwsza survivalowa wyprawa osób niepełnosprawnych, o której wspomniałaś z fundacją Jaśka Meli, potem wyprawa na Syberię, gdzie też przez trzy tygodnie, będąc w absolutnej dziczy, żyliśmy i wędrowaliśmy. Różnego rodzaju rajdy, także ten, są dla mnie zbiorem doświadczeń, które mi pokazują, że wiele rzeczy można. To jest jeszcze na gorąco, jeszcze się nie zastanawiałem nad tym, zastrzeliłaś mnie tym pytaniem, żeby konkretnie wiedzieć, do czego to przypiąć, ale myślę sobie, że od lat pracuję z liderami, bardzo często mówię im, że ludzie nie słuchają liderów, tylko patrzą, jak oni się zachowują. Ja w takim rajdzie widzę bardzo dużo takich zachowań międzyludzkich, z takiego momentu, że przejeżdża koło Ciebie ktoś, kto jest dwa razy silniejszy od Ciebie, bo jest. Jest w absolutnej czołówce, jest rekordzistą trasy i nie pogania Cię, nie mówi Ci “zjedź”. Czeka, aż może Cię wyprzedzić, mówi Ci “cześć” i jedzie dalej. Dla mnie to jest sygnał, że facet, który objedzie mnie, jak chce, ma dla mnie jakiś szacunek związany z tym, że pchamy się w to samo wyzwanie i to nie jest takie coś, że on mi pokaże, gdzie jest moje miejsce, tylko on po prostu jedzie swoje, ja jadę swoje i mogę się nim zainspirować. Dla mnie to też jest coś, co jest ważne w liderstwie, bo ja mogę być mocniejszy, lepszy, bardziej doświadczony w jakiejś dziedzinie, ale to nie znaczy, że mam tym przygniatać osoby wokół mnie. Widzę takie rzeczy, tak szyjąc teraz na szybko, bo uzgodniliśmy, że to będzie bardzo spontaniczna rozmowa, więc sprowadziłaś ją na tory zawodowe. W sumie podskórnie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, ale gotowych odpowiedzi nie miałem. Widzę takie rzeczy, dużo takich wewnętrznych elementów. Przychodzi godzina druga w nocy, gdzie pojawia się fizyczne zmęczenie i niesamowite jest to, że jesteś w stanie wykrzesać z siebie na jeszcze godzinę, na jeszcze dwie, trzy, a przecież takich zwątpień w codziennym życiu, w codziennej pracy, też mamy tysiące. Nieudanych projektów, może nie tyle nieudanych, ale może projektów nie zakończonych sukcesem, ale gdzieś tę energię możemy wykrzesać na kolejne. Można się uczyć na błędach. Dla mnie taka trasa, te 500 km, to jest nauka. W pewnym momencie w mojej głowie przeformułowałem sobie tę trudność jechania na cienkiej oponie w błocie i pomyślałem sobie: no dobra, ale przecież właśnie funduję sobie możliwie najlepszy trening, przed następnym rajdem, gdzie z definicji jadę w błoto. Owszem tam będę na innym rowerze, na innej oponie, ale jeśli teraz na tych przysłowiowych slickach nauczę się przejeżdżać przez to błoto, to przecież będzie procentowało. To się wiąże z różnymi aspektami, chociażby z odpornością psychiczną, która pokazuje to, że niesamowitą różnicę obi nasze podejście do trudności. Czy te trudności podcinają nam skrzydła, czy te trudności potrafimy przeformułować na potencjał, który wykorzystamy w przyszłości, bo tutaj ta trasa skończyła się, można powiedzieć po 530 km. 512 km, różne były miary ale chyba koniec końców oficjalnie 512 km. Już teraz wyolbrzymiam, żeby lepiej brzmiało, ale po tych 512 km będą następne. Po każdym projekcie pracowym, życiowym, będa następne więc to podejście, chociażby jak prowadzić rower w błocie, żeby później było łatwo, widzę dużo analogii do innych rzeczy, więc podsumowując, ja mam olbrzymie przekonanie i bardzo zachęcam do tego, żeby nawet w elementy biznesowe wplatać rzeczy związane ze swoją pasją, ze swoimi doświadczeniami, bo nic nie buduje tak autentyzmu wystąpienia, jak… I znowu wracam do cytatu, od którego zacząłem, a cytat Aniu, jest Twój, jak nie z brzucha, z tych emocji, może nie z głowy, może czasami nie składnie, niegramatycznie, ale z tym czymś w głosie, co często nazywane jest mianem żaru. Chciałbym, żeby na rynku było więcej wystąpień żarliwych, nawet technicznie może niedoskonałych, ale takich, które mają ten żar, bo żar to energia, potrafi…

[Ania] Zapalać!

[Maciek] Tak, zapalać. To tak z głowy, czyli z niczego, na szybko odpowiadając na Twoje podchwytliwe pytanie.

[Ania] Ja też jak Ciebie słucham Maciek i Twojej opowieści, to myślę sobie, przekładając to na biznes, że nawet najtrudniejsze doświadczenia, które mogą być uczące i nawet jeżeli czasami mamy takie wrażenie, że świat nam się kończy i nie damy rady już ani przez chwilę dłużej, to przychodzi taki moment, kiedy dojeżdżasz do tego molo w Gdańsku w Brzeźnie i przed Tobą, jest tylko morze. Możesz wówczas powiedzieć “na ten moment, to jest właśnie koniec”.  Za moment, w sierpniu u Ciebie w życiu kolejna wyprawa i też będziemy trzymać kciuki, relacjonować i nie damy Ci tutaj spokoju. Ja Ci Maciek dziękuję, że podzieliłeś się swoją opowieścią, bo dla mnie to jest chwilą zaspokojenia mojej ogromnej ciekawości. Przyznam, że ten rajd przeżywałam, jakbym sama w nim jechała. Wsiadając w weekend na rower i robiąc trasę 30 km, myślałam sobie “jejku, tam Cichy też sobie wsiada i pedałuje”, więc to przeżycie przeogromne. Wiedziałam, że u Ciebie jest ogień i widzę, że ten ogień dzisiaj nadal Cię niesie, że Ty im bardziej się umęczysz i ubłocisz, bo tak jak mówisz, to lubisz, tym z większą energią i kreatywnością później działasz, gdy tworzymy prezentację dla naszych klientów, albo wchodzimy na salę szkoleniową i uczymy snucia cyfrowych opowieści, albo wystąpień publicznych. Obserwuję, że więcej i na dłużej masz powera, a z perspektywy mojej, psychologa, to mam przekonanie, że to jest absolutna konieczność. Nie lubię słowa konieczność, ale tutaj bardzo w to wierzę i zachęcam do tego, żeby każdy z nas miał taką przestrzeń, w której ładuje swoje życiowe akumulatory, taki swój kawałek świata. To może być decoupage, jazda na rowerze, fotografia, boks, cokolwiek. Ważne, żeby mieć takie miejsce, bo jak naładujemy te życiowe akumulatory, to wtedy możemy więcej.

[Maciek] To ja kontynuując ten wątek, przyznam się do czegoś, bo ja ten swój “kawałek świata”, tak ładnie to nazwałaś, odłożyłem na parę lat na bok i on tak sobie leżał, a bardziej stał i się kurzył, w sensie tego roweru i raz na jakiś czas był przejeżdżany. Zdarzyły mi się takie lata, że w ciągu roku przejechałem 500 km, co nie jest jeżdżeniem na rowerze w stosunku do skali, o której myślę i wracam do tego powiedzenia, że baza zrobiona za młodu procentuje. Myślę, że wiele osób wpadając w wir codzienności, pracy, różnych wydarzeń ostatnich kilku miesięcy, które wywróciły świat do góry nogami, też pewnie dużo rzeczy odłożyło na półkę, a tak a propos tego, co powiedziałaś, myślę, że to jest najlepszy sposób odnajdywania siebie. Wzięcie z półki tego, co powiedziałaś, ten decoupage, czy w moim przypadku rower i zanurzenie się w tym. To jest o tyle fajne, że jak coś się kiedyś robiło, to dość szybko wracają, chociażby oparte na pamięci, mięśniowe odruchy. Nie zajmuję się decoupage, ale zakładam, że tam manualne zdolności są potrzebne, ale to też szybko wraca i daje niesamowitą frajdę i energię z tego, że ja to cały czas mam. To niesie i napędza do tego, żeby cały czas funkcjonować. Czasami nie warto wyważać otwartych już drzwi, tylko warto sięgać po coś, co już było wcześniej i się sprawdzało. Z jednej strony jest powiedzenie, że nie warto wchodzić dwa razy do tej samej rzeki, przyjmijmy, że to jest taka rzeka, która cały czas pływa w kółko. Ona zawsze jest ta sama i warto do niej wchodzić, bo jest fajna, orzeźwiająca woda. To naprawdę jest bardzo satysfakcjonujące odczucie, dające energię na przyszłość.

[Ania] Rzeka może i jest ta sama, ale dno inne, bo najpierw wchodzisz i jest woda po kostki, a potem wchodzisz i jest woda po samą szyję.

[Maciek] Zdarza się tak.

[Ania] Kończąc nasze spotkanie, dziękuję Ci Maciek za opowieść i taka myśl przychodzi mi do głowy, że to, co warto i do czego ja bardzo zachęcam i mam nadzieję, że się pod tym podpiszesz, to jest takie układanie swojego życia, żeby klientom i wnukom było o czym opowiadać.

[Maciek] To mam takie dwa cytaty, które przychodzą mi do głowy, jak w ten sposób zakończyłaś. Jeden ściągnięty z internetu, nie był podpisany autorem, więc po prostu przypiszę go internetu i to było takie hasło: “żyj tak, żeby gołębie przelatujące nad Twoim grobem, zesrały się z wrażenia”, przepraszam za słowa, ale to prawo cytatu, a drugi, tuż przed startem oglądałem film, który nie specjalnie mnie urzekła, bo nie wszystko mi się w nim podobało, a opowiadał historię kurierów rowerowych z Wrocławia, którzy szykowali się do tego, żeby pojechać do Szczecina na Mistrzostwa Rowerowe kurierów rowerowych. Sam film nie do końca mnie porwał. Technicznie fajnie zrobiony, natomiast niesamowicie utknęło mi w głowie jedno zdanie. Dwóch kolesi idących w ciemnym parku po imprezie z jakimś tam piwkiem, winkiem, bo to takie około punkowe klimaty i jeden tłumaczy drugiemu, dlaczego nie zajmuje się tak zwanym normalnym życiem, tylko właśnie jeździ na tym rowerze, jest tym kurierem itd. i po długim wstępie rzucił jedno zdanie, które mi zostało i jest dla mnie niesamowite. On powiedział coś takiego, że “bawmy się w życie”. Ja się przez 512 km bawiłem w życie. Jestem wybawiony i z innym nastawieniem podchodzę teraz do tej części  życia , która nie jest tylko i wyłącznie zabawą. Czekam na następną zabawę, która będzie  w sierpniu, a potem zaplanuję sobie następną, potem następną i następną właśnie po to, żeby bawić się w życie.

[Ania] I niech tak się kręci Maciek! Dziękujemy za spotkanie.

[Maciek] I vice versace!

[Ania] Zapraszamy oczywiście do komentowania, lajkowania naszego podcastu na SoundCloud, Spotify, Apple podcast i oczywiście, na naszej stronie Opowiedz.to.

Anna Kędzierska.

[Maciek] I Maciek Cichocki.

[Ania] Dziękujemy i do usłyszenia za dwa tygodnie, a wtedy już zaplanowany i obiecany odcinek o tym, co ze sobą zrobić w świetle reflektorów na mniejszych i większych scenach.

Do usłyszenia!

Pokaż więcej

Jak słuchać naszego podcastu:

Możesz nas słuchać praktycznie wszędzie. Siedząc przed komputerem, jak również będąc w ruchu, za pośrednictwem Twojego telefonu. Mówiąc krótko kiedy chcesz i tak jak lubisz.

Recenzuj nasz podcast

Kiedyś w sklepach na konopnym sznurku wisiał brulion, z którego okładki wielkimi literami krzyczał tytuł książka skarg i zażaleń.
Teraz mamy recenzje. Niekoniecznie tylko ze skargami. Jeśli masz jakieś przemyślenia, wnioski albo rekomendacje dla innych słuchaczy napisz nam recenzję. Będziemy wdzięczni i zmotywowani do dalszej pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *