#004 | Jak nawyki mogą zepsuć nawet najlepsze wystąpienie?

12 lutego 2020

Nawyki i schematy działania – błogosławieństwo i przekleństwo zarazem. W prezentacjach i wystąpieniach publicznych może to być przysłowiowy gwóźdź do… wiesz czego. Odcinek o „produkcji” kremu Nivea, habituacji bodźca i sposobach na dopasowanie przekazu do audytorium. Garść refleksji i dwa konkretne narzędzia do użycia już od zaraz.

Posłuchaj

Podcast do poczytania

Oto podcast Opowiedz.to. Odcinek czwarty, a w nim o nawykach i schematach działania, i to w sumie o tych niekoniecznie blaskach, ale cieniach tych nawyków i schematów działania, oczywiście w kontekście wystąpień publicznych.

Będzie wycieczka do fabryki kremu Nivea w Poznaniu, ale będą też konkrety. Pierwszym z nich będzie mechanizm habituacji bodźca. Czym jest, w jakie tarapaty może nas wpędzić i jak mu przeciwdziałać. Będzie też o tym, jak dopasować słowa, które wypowiadamy ze sceny, albo podczas spotkania, w taki sposób, żeby one miały szansę trafić i być zapamiętane przez naszą grupę odbiorców.

Na początek zapraszam Cię do fabryki kremu Nivea w Poznaniu. Miałem okazję trafić tam już parę ładnych lat temu, ze względu na projekt, który współprowadziłem. Projekt dotyczył wdrażania metod zwinnych w różnych fabrykach produkcyjnych. To było paro dniowe szkolenie. Moi koledzy przygotowywali managerów różnego rodzaju fabryk do tego, żeby właśnie wspomniane kaizeny, liny i inne tego typu rzeczy wdrażać u siebie w fabrykach. Moją rolą było wyposażyć ich w narzędzia, które pozwolą im przeprowadzić pracowników tychże fabryk przez proces zmiany nawyków,

bo to, że firma wdrożyła komuś zmianę pracy to jedno, to, że ustawiła odpowiednio maszyny, to drugie. Koniec końców, wszystko sprowadza się do człowieka, do tego, że chcemy, żeby on zrobił coś inaczej, niż do tej pory. Zdarza się tak i to jest taki zwrot grzecznościowy, bo powiedziałbym, że tak jest prawie zawsze, że ludzie są, mówiąc delikatnie, mało chętni do tej zmiany. To było moje zadanie – wyposażyć tych liderów w narzędzia, które im pomogą, przeprowadzić przez te zmiany pracowników.

Po tym projekcie mieliśmy klasową wycieczkę. Pojechaliśmy do wspomnianej fabryki kremu Nivea, żeby zobaczyć, jak to się tam odbywa. Z wykształcenia jestem prawie robotykiem i automatykiem, i taka okazja to dla mnie super sprawa, bo cały czas odrobina fascynacji tymi robotami we mnie pozostała. Tak wylądowałem u bram fabryki, gdzie zostałem spryskany odpowiednim płynem, ubrany w zabezpieczający kubraczek i w tym, jakże eleganckim stroju, wkroczyłem na halę fabryczną. Było tam wiele ciekawych rzeczy. Od razu uspokajam, nie będę opowiadał Wam całego procesu produkcyjnego. Skupię się na jego ostatnim etapie, czyli na tym momencie, kiedy krem Nivea jest już pakowany i przygotowywany do tego, żeby ruszyć w świat do sklepów, a finalnie do naszych domów.

Gdzieś tam, w rogu hali, stoi duża kadź, w której jest zmieszany wcześniej krem Nivea, w bardzo dużej ilości, a obok jest linia, po której zasuwają słoiczki. Konkretnie mówię nie o tym kremie, klasyku w niebieskiej puszce, tylko o tym kremie w przezroczystym słoiczku z zakrętką. Wielka strzykawka przesuwa się nad tą kadź, zasysa krem, po czym przesuwa się nad słoiczki, które jadą i wpuszcza krem do słoików. Za każdym razem bezbłędnie trafia, odpowiednią porcją kremu, w każdy słoiczek. Następnie słoiczek jest zakręcany, naklejana jest na niego etykietka, która nas informuje, co to za produkt. Potem słoiczek jest podnoszony z linii, zjeżdża na przygotowany wcześniej, na wykrojniku kartonik. Słoiczek jest stawiany do tego kartonika. Kartonik jest zamykany, na wszystko idzie celofan, dobrze mówię? Celofan i jeszcze, dla mnie absolutna magia, pojawia się ten pasek, który ma nam później pomóc paznokciem odwinąć tę folię. Dlaczego mówię, że ma nam pomóc? Bo mnie się to jakoś nigdy nie udaje, ale jest zaprojektowany, że się pojawia w tym pudełeczku. Później pudełeczka są grupowane w zestawy trzy na trzy, pakowane w pudełka i już są gotowe, żeby pojechać na halę magazynową, a potem w świat. Kiedy tak stałem i patrzyłem na tę linię, a nie chce podawać tutaj parametru, bo już go dokładnie nie pamiętam. Kiedy linia pracowała na pełnych obrotach, nie byłem w stanie swoim okiem, wychwycić poszczególnych sekwencji ruchów robota, które doprowadzały do zapakowania tego kremu. Dopiero, kiedy tę linię spowolniono, mogłem dokładnie zobaczyć, co tam się dzieje. Robot wykonuje powtarzalną sekwencję ruchów i na końcu ma krem. Kiedy się temu przyglądałem, przyszła mi do głowy myśl, że ja w swoim życiu bardzo często wykonuję powtarzalną sekwencję ruchów, a na końcu się dziwię: “Ku*** znowu krem!” A co ma być innego?

Dokładnie tak jest też w przypadku prezentacji i wystąpień publicznych. Bardzo łatwo jest zrobić to z automatu, schematycznie, tylko czy to znaczy, że to będzie efektywne? Moje doświadczenia podpowiadają mi, że nie. Z jednej strony, schematy i nawyki działania są na wagę złota, gdyby nie schematy i nawyki, codziennie rano z fascynacją odkrywalibyśmy, jak dopasować pastę do zębów do szczoteczki. Na który koniec i co z tym później zrobić. Zautomatyzowaliśmy to do tego stopnia, że być może, ktoś jeszcze nie do końca się obudzi, a już myje zęby. Automat przejął tę funkcję.

Czy pamiętasz swoją pierwszą jazdę samochodem? Oczywiście tyczy się to do tych, którzy prowadzą samochód. Chodzi o taką samodzielną jazdę po mieście, bez instruktora i niczyjej pomocy. To jest taki moment, oczywiście powiem tu o sobie, jak się zmieniało biegi, to samochód miał tendencję do minimalnych skrętów w prawą stronę. Musiałem być bardzo skoncentrowany na tym, żeby w odpowiednim momencie, wcisnąć sprzęgło, wrzucić bieg i to jeszcze odpowiedni, następnie minimalnie popuścić sprzęgło dodając jednocześnie gazu, tak żeby nie szarpnąć. Bardzo dużo rzeczy do zrobienia w tym samym momencie. Zgodnie z prawami Murphy’ego, podczas tej pierwszej samodzielnej jazdy po mieście, na pewno jechał jakiś pojazd uprzywilejowany na sygnale. Tak to po prostu musiało być. Na szczęście, po iluś set godzinach praktyki, te rzeczy zostały zautomatyzowane. Nie myślę już o tym, jak zmieniać biegi w samochodzie, a jak mam automat, to już w ogóle o tym nie myślę.

Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że część z nas, kierowców, robi podczas jazdy pewne rzeczy dodatkowe, które nie do końca powinny mieć miejsce wtedy, kiedy prowadzimy pojazd mechaniczny. Pokazuje to, że my zautomatyzowaliśmy wiele czynności. Jest tylko jeden kłopot. Może być tak, że po ciężkim dniu w pracy wracamy do domu, wjeżdżamy na swoje osiedle, gdzie jest cała plątanina jednokierunkowych uliczek i okazuje się, że jedna z tych uliczek zmieniła obowiązujący kierunek ruchu. Pytanie brzmi, kiedy się o tym dowiaduję? Najczęściej, jak jakiś i tu potrzebny jest odpowiedni przymiotnik, kierowca jedzie z naprzeciwka, trąbi i miga. Robi to na pewno nie dlatego, że patrzyłem na znaki. Nie patrzyłem, bo działałem nawykowo. Właśnie to są potencjalne konsekwencje podchodzenia nawykowego do tego, czym się zajmujemy, a konkretnie w kontekście tego podcastu do wystąpień publicznych.

Teraz, żeby zrobiło się konkretnie, zapowiadany mechanizm habituacji bodźca. Jak on ma się do nawyków i o co w tym wszystkim chodzi.

Najpierw krótkie wyjaśnienie, najlepiej oczywiście na przykładzie. Jeśli zdarzyło Ci się kiedykolwiek być w perfumerii, albo jakiejkolwiek drogerii, w której z różnych względów wybierałeś, wybierałaś jakiś zapach dla siebie, albo dla kogoś, to prawdopodobnie świetnie znasz mechanizm, o którym właśnie mówię. Wąchasz pierwszy zapach i czujesz pełnię jego bukietu. Wąchasz drugi – jest jeszcze nieźle. Trzeci coraz słabiej pachnie. Czwarty, piąty, szósty, pachną dokładnie tak samo. Czy to znaczy, że nasz nos się zmienił? Nie, my czujemy dokładnie to samo, tylko nasz umysł wyłącza się, przestaje koncentrować się na tych bodźcach.

To jest właśnie habituacja bodźca. Atawistyczny mechanizm, który zabezpiecza nas przed tym, żebyśmy się… Może inaczej, dawno temu człowiek miał mało pożywienia, więc powstało w naszych mózgach wiele mechanizmów, które miały nas zabezpieczyć przed niepotrzebnym wydatkiem energetycznym. Jednym z tych mechanizmów jest właśnie habituacja bodźca. Jeżeli jakiś bodziec, impuls powtarza się i nie idzie za nim żadne zagrożenie, nic niebywałego się nie dzieje, to nasz umysł zaczyna ten bodziec ignorować. Wąchając trzecie, czwarte, piąte perfumy, jeżeli nic z tego nie wynika, żadnego zagrożenia, żadnego napięcia, to mój umysł stopniowo odłącza się od tego impulsu. Zaczyna go ignorować.

Jak się to ma do prezentacji? Proszę, przypomnij sobie teraz prezentacje, których byłeś, byłaś odbiorcą, uczestnikiem. Spróbujmy razem, oczywiście trudno to nazwać dialogiem, ale mam nadzieję, że trafię w kilka odpowiedzi, które przyjdą Ci do głowy. Spróbujmy razem zrobić przepis na to, co standardowo najczęściej znajduje się na pierwszym slajdzie prezentacji. Moje doświadczenie podpowiada, że znajduje się tam imię i nazwisko prelegenta, data, logo firmy, co zabawne nawet wtedy, gdy prezentacja jest wewnątrz firmowa, czasem jakaś grafika. Wyobraź sobie teraz, że idziesz na prezentację na zarząd i jesteś piąta, albo szósta w kolejce do tej prezentacji, albo idziesz na jakąś konferencję, gdzie będziesz oglądał parę wystąpień pod rząd. Każdy slajd kolejnej prezentacji wygląda niemalże dokładnie tak samo. Mniej więcej w tym samym miejscu: imię i nazwisko prelegenta, tę samą datę, bo to ten sam dzień, bardzo podobną szatę graficzną i jakieś logo, gdzieś tam w rogu. To jest dokładnie tak samo, jakbyś weszła do perfumerii i zaczęła wąchać, albo zaczął wąchać, kolejne perfumy. Umysł się wyłącza. Krótko mówiąc – pierwszy slajd zamiast wzbudzić nasze zainteresowanie, da naszemu umysłowi sygnał: “Nie martw się, tu się nic nowego, niespotykanego nie wydarzy. Możesz sobie kimnąć.” Umysł, który uwielbia leniuchować, dwa razy nie czeka na taką propozycję i odpływa w niebyt. To jest jeden z powodów, dla którego czasami możemy już na dzień dobry zgubić, sporą część naszego audytorium.

Druga rzecz, która może zabezpieczyć Cię przed schematycznym podejściem do tematu, to jest czujność na to, do kogo mówisz. Dlaczego o tym mówię? Opieram się na swoim własnym doświadczeniu. Konkretnie na doświadczeniu pewnej, spektakularnej wpadki. Mam w swoim portfolio, nazwijmy to w ten sposób, dobrze opracowane wystąpienie, w którym rzecz traktuje o modelu silnych stron Marcusa Buckinghama. Marcus Buckingham robił to wszystko pod egidą Instytutu Gallupa. To jest model, który pokazuje, że ponadprzeciętne wyniki są w stanie szybciej osiągnąć ci, którzy zidentyfikują swoje potencjały, swoje mocne strony i w codziennych działaniach będą dawali tym mocnym stronom ujście. Będą je wykorzystywali. Ten model nie mówi o tym, żeby zignorować swoje deficyty. Mówi natomiast o tym, żeby skupić się na potencjałach, żeby deficyty doprowadzić do takiego poziomu, żeby nas nie dyskredytowały. Swoją drogą, myślę, że to jest jedna z lepszych metod do zmieniania swojego potencjału, jako mówcy, jako prelegenta. To jest coś, co często się nazywa własnym stylem. Ten własny styl najlepiej jest oprzeć na swoich silnych stronach.

Gdyby z tej perspektywy okazało się to dla Ciebie ciekawe, to na naszej stronie, do tego odcinka pojawią się w opisie linki do paru książek, dotyczących właśnie tego modelu silnych stron. Zarówno w kontekście identyfikowania ich, na przykład zarządzania zespołami przez pryzmat silnych stron. Dla rodziców, którzy mają pokusę, żeby od wczesnych lat swoje pociechy wychowywać w duchu rozwijania potencjałów, maskowania deficytów. Będzie też książka Jennifer Fox – “Odkryj silne strony Twojego dziecka.” Znajdziecie to w opisie na naszej stronie.

Wracam teraz do tej mojej spektakularnej wpadki. Mam tę prezentację o tych silnych stronach. Model jest wprowadzany poprzez metaforę szkoły. Mój syn użyczył mi swojej niekoniecznie skromnej osoby do tego, żeby być głównym bohaterem tej prezentacji. Opowiadam o tym, że syn chodzi do szkoły, dostaje oceny lepsze, gorsze i tak dalej. To działa, z taką powiedziałbym dziewięćdziesięcio paro procentową skutecznością. Widzę, że powoduje zamierzoną przeze mnie refleksję i daje do myślenia. Jest na przykład podsumowaniem czegoś, co wcześniej się działo, albo jest wstępem do budowania, chociażby jakości w swojej dziedzinie. Mówiąc kolokwialnie, ta prezentacja żre, ale nie zawsze. Pewien jakości przygotowanego materiału, zarówno w warstwie storytellingowej, jak i warstwie wizualnej, bo tam jest taka odręcznie rysowana prezentacja do tego, pojechałem do kolejnej grupy. Wszedłem na scenę, stanąłem twardo na nogach, zgodnie z podręcznikową postawą. Stopy, w linii barków, nie bujając się na boki. Zacząłem opowiadać o tym, jak mój syn chodzi do szkoły, dostaje oceny i coś było nie tak. W oczach osób, które widziałem na sali, bo nie sposób wszystkich dokładnie dojrzeć, nie było zrozumienia. Mało tego, zaczęły pojawiać się ziewnięcia. Pojawia się wtedy taki moment – tryb panika, nie pozwala to logicznie myśleć. Dopiero po chwili doznałem olśnienia. Gdybym mógł, to bym się pacnął w czoło. To było, takie “Acha!”. Nie mogłem, bo na scenie głupio by to wyglądało.

Olśnienie polegało na tym: “Maciek, mówisz do ludzi, których średnia wieku jest poniżej dwudziestu lat. Jak oni mają poczuć, zrozumieć Twoją historię, która jest dedykowana dla rodziców, bo Ty mówisz z perspektywy siebie, jako rodzica. Skoro oni nie mają dzieci, to nie ma szans zadziałać.”

Mądry już o to olśnienie i o bólu w czole, zrozumiałem, że można jeszcze ratować sytuację, przerabiając tę narrację do prezentacji poprzez przypomnienie sobie, jak to Wy byliście w szkole, a nie Wasze dziecko.

Powiedzmy sobie szczerze, tego nie dało się już uratować. To nie była dobra prezentacja, nie był to spektakularny popis z mojej strony. Mówiąc wprost, to była zwalona robota. Dobrze, takie też są potrzebne, bo można wyciągać z nich wnioski. Od momentu tej wpadki, która miała miejsce wiele lat temu, zadaję sobie trud, żeby odpowiedzieć sobie, kim będą moi odbiorcy, po to, żeby dopasować mój przekaz do nich. O ile kwestia wieku wydaje się oczywista, o ile kwestia przewagi danej płci, jeżeli taka dysproporcja występuje w grupie, też wydaje się oczywista. Poziom doświadczenia zawodowego, okej, to można sobie odpowiedzieć i warto. Gdzieś z biegiem lat, odkryliśmy razem z Anią, że warto spojrzeć na jeszcze jeden aspekt. Jeżeli chodzi o grupę odbiorców, to nie taki aspekt, żeby zobaczyć, kim oni są, tylko jak jako ludzie funkcjonują. Do czego zmierzam? Jest coś takiego jak metaprogramy. W dużym skrócie są to, można tak powiedzieć, takie nasze skrypty. Bazowe oprogramowanie, które mamy instalowane a właściwie preinstalowane w momencie, w którym pojawiamy się na tym świecie. Z biegiem lat uczymy się elastyczności. Uczymy się, że w pewnych sytuacjach zachowujemy się tak, a w pewnych inaczej. Bardziej opłaca nam się powiedzieć to, a nie powiedzieć tego. Nie zmienia to faktu, że gdzieś tam, w naszej naturze, leży ten preinstalowany program, który najbardziej by chciał, żeby było tak. Cały myk polega na tym, że jeżeli ja mogę funkcjonować, rozmawiać, słuchać argumentów, które ktoś do mnie mówi, to przedstawione argumenty są adekwatne do tego mojego preinstalowanego oprogramowania. Jest mi zwyczajnie łatwiej to zapamiętać i zrozumieć, a co za tym idzie, ma to większą szansę ze mną zostać. Przecież o to chodzi w prezentacjach, żeby ludzie zapamiętali to, co się na nich działo. Tych metaprogramów, jak dobrze pamiętam, jest dziewięć. Dlaczego mówię, że o ile dobrze pamiętam? Dlatego, że sam używam mniej niż dziewięciu. Najlepsze są najprostsze rozwiązania. Im jakaś technika, model jest prostszy, tym większa szansa, że go zapamiętamy i wdrożymy.

Na koniec tego odcinka, chcę podzielić się z Tobą dwoma z tych metaprogramów, albo przypomnieć Ci o nich, bo to żadna wiedza tajemna, ale właśnie takimi, które mają bardzo dużą korelację z jakością przekazu, jaką serwujemy naszym odbiorcom. Pierwszym z nich jest metaprogram autorytetu. Z pewnością wiesz i to jest zwrot z autorytetem wewnętrznym, ewentualnie mogę powiedzieć, pewnie słyszałeś, że są ludzie i to będzie zwrot dla osoby z autorytetem zewnętrznym, że właśnie są tacy, którzy wiedzą, oni podejmują decyzję. Nie zastanawiają się, nie muszą sprawdzać, po prostu ja wiem, ja mówię, ja robię, ja chcę. To są osoby z autorytetem wewnętrznym.

Są też tacy i to nie jest ani gorsze, ani lepsze, którzy zanim podejmą decyzję, muszą poczytać, sprawdzić rankingi, zajrzeć do jakiegoś porównania, albo popytać znajomych, co o tym myślą. To są dwa końce skali, po jednej stronie są ci z silnym autorytetem wewnętrznym, po drugiej ci, którzy są z silnym autorytetem zewnętrznym. To nie jest tak, że jesteśmy tu, albo tu. Każdy z nas gdzieś na tej linii pomiędzy tymi punktami się znajduje, ale też każdy z nas ma jakąś preferencję i znajduje się albo bliżej wewnętrznego, albo bliżej zewnętrznego. Teraz zobacz, a z pewnością już się domyślasz, ukłon w stronę osób z autorytetem wewnętrznym, jaki to ma wpływ na słowa, które ja dobieram w mojej prezentacji. Jeśli będę mówił, tylko i wyłącznie swoim językiem, nawykowo, wracamy do drugiego wątku naszego odcinka. Nawykowo my mówimy swoim językiem, czyli jeśli ja – Maciek, mam autorytet bardziej wewnętrzny, to w naturalny sposób przychodzą mi do głowy zwroty: “Z pewnością wiesz, na pewno masz takie doświadczenia.”

Do osób podobnych do mnie, one mają bardzo dużą szansę trafić, ale do osób, które mają autorytet zewnętrzny – one nie trafią, albo i to jest ten gorszy wariant, więcej niż nie trafią. Wywołają dyskomfort: “Jak to wiem? Muszę sprawdzić, potrzebuję czasu, nie zmuszaj mnie.”

Dochodzimy teraz do sedna. Mogę, podchodząc nawykowo do prezentacji, mogę kogoś nią wystraszyć, mówiąc tylko i wyłącznie z perspektywy autorytetu wewnętrznego. Jaka jest na to recepta? Idealnie byłoby zrobić taką personą audytorium i zdecydować, jaki oni mają autorytet i tak mówić. To jest niewykonalne, najlepiej wyuczyć się wyrabiać sobie powoli taki odruch, żeby podczas swojej prelekcji, część argumentów przedstawiać w formie tego autorytetu wewnętrznego. Zaczynać na przykład zwrotami “Na pewno Państwo wiedzą.” Dla równowagi opierając część argumentów na danych zewnętrznych, tego potrzebują ludzie z autorytetem zewnętrznym, czyli na przykład informując, że można to sprawdzić w takim i takim badaniu: “Analiza rynku dowodzi, że…” Będą to zwroty, które będą pasowały do ludzi z autorytetem zewnętrznym.

Drugi metaprogram, o którym chcę Ci opowiedzieć, już na zakończenie, to jest rzecz, która dla mnie rzuca światło na mit korzyści, ale po kolei. Jest nim metaprogram motywacji. Są ludzie, którzy mają motywację tak zwaną do sukcesu. Są też tacy i znowu tu nie ma nic gorszego lub lepszego, którzy mają motywację od problemu. Myślę, że to jest dość oczywiste, ale postaram się jeszcze w dwóch słowach doprecyzować. Jedni ruszą się z kanapy po to, żeby wygrać, drudzy ruszą się z kanapy tylko wtedy, gdy ktoś im zagrozi, że jak się nie ruszą to będzie źle. To nie jest lepiej, to nie jest gorzej. Jedni i drudzy potrafią być bardzo efektywni, ale ten wyzwalacz jest inny.

Wydaje mi się to najbardziej skuteczne w kontekście wystąpień publicznych, dlatego, że jesteśmy przesiąknięci mitem języka korzyści. Zadomowił się on na dobre w sprzedaży, pojawia się praktycznie we wszystkich obszarach komunikacyjnych. Powiedz, jakie korzyści płyną z Twojego produktu, z Twojej usługi. Super, zgadzam się, warto mówić o korzyściach, ale nie tylko. Dlaczego? Dlatego, że język korzyści jest naturalnym środowiskiem tych, którzy mają metaprogram korzyści do sukcesu. Korzyści i sukces jest połączeniem, natomiast ten język nie będzie trafiał, albo będzie dużo mniej efektywny w przypadku osób, które mają metaprogram od problemu, bo jak ma się korzyść do tego, że ja nie chcę problemu. Co mnie zmotywuje? To nie widmo sukcesu, pucharu, zwycięstwa tylko świadomość, że jak się nie ruszę, to na przykład wyprzedzi mnie konkurencja. W związku z tym zacznę odnosić straty. Nie zysk, tylko strata.

Wiele osób, kiedy rozmawiamy o tym na warsztatach, słyszę, że nie mogę kogoś straszyć. To nie jest straszenie, to jest stwierdzanie faktów, a druga rzecz, to jest mówienie do kogoś jego językiem, bo on tak funkcjonuje i nie ma w tym nic złego. Moim zdaniem, złe jest to, że jak język korzyści przyszedł do nas zza wielkiej wody, jak zdecydowana większość modeli komunikacyjnych, sprzedażowych. Sam model jest w porządku, ale zachłyśnięcie się tym modelem, takie stosowanie go wszędzie i na każdym froncie, jest obarczone pewnym błędem. Błędem wynikającym z różnic mentalnych. Ten przysłowiowy Amerykanin w słomkowym kapeluszu, jak traci nogę, to cieszy się, że będzie zużywał tylko jedną kowbojkę. Ten stereotypowy Polak, jak wygra w totka, to się martwi skąd weźmie siatkę na drobne. Oczywiście to przerysowanie i stereotypy, ale one skądś się biorą. Statystycznie mamy jednak większe prawdopodobieństwo trafić na kogoś do sukcesu w Stanach Zjednoczonych i statystycznie większe prawdopodobieństwo trafić na odbiorcę naszej prelekcji, który będzie od problemu, bo na naszych szerokościach geograficznych, w naszym kraju, nie chcę mówić, że to jest połowa ludzi, ale jest to zdecydowana część. Skądś się te stereotypy o tym “co u Ciebie słychać, no stara bieda.” Skądś się to bierze. Podsumowując, warto mówić podczas prezentacji w taki sposób, żeby część argumentów przedstawić jako korzyści, jako widmo sukcesu, ale też część argumentów pokazać, jako stratę, albo czającą się za rogiem konsekwencję. Wynikającą na przykład z tego, że nie podejmiemy jakiegoś działania po to, żeby być uniwersalnym, żeby dopasować swoje rozwiązania, dopasować swój przekaz do preferencji odbiorców.

Podsumowując cały odcinek. Warto przyjrzeć się sobie samemu, czy przez przypadek, podczas wystąpień publicznych nie wykonuję powtarzalnej sekwencji ruchów, dziwiąc się, że na końcu znowu mam krem, bo co innego mam mieć. Warto zwrócić uwagę na mechanizm habituacji bodźca, który powoduje, że umysły naszych odbiorców mają naturalną tendencję do ignorowania powtarzających się bodźców, to już wspomniałem. Trzecia rzecz, warto dopasować swój przekaz do odbiorców, w taki sposób, żeby nie wpaść w pułapkę mówienia tylko do połowy grupy, tak w zaokrągleniu, a co to konkretnie oznacza? Dobrze jest pamiętać o tym, że mamy ludzi, którzy się motywują do sukcesu, ale mamy też takich, którzy motywują się od problemu. Takich, którzy mają autorytet wewnętrzny i takich, którzy mają autorytet zewnętrzny.

Ja nazywam się Maciek Cichocki i bardzo Ci dziękuję za wspólne prawie pół godziny, w tym, kolejnym już odcinku podcastu Opowiedz.to. Tradycyjnie na końcu przypomnę, że możesz nas znaleźć na naszej stronie Opowiedz.to, na Spotify, na Apple podcast i w tych dwóch ostatnich miejscach, jeśli zechcesz nas subskrybować, albo obserwować, to nie zgubisz niczego nowego i też, jeżeli zostawisz nam tam komentarz, jakąś gwiazdkę, to będziemy bardzo wdzięczni, bo to jest dla nas informacja zwrotna.

Bardzo dziękuję. Do usłyszenia w przyszłą środę, to znaczy nie w przyszłą, tylko w środę za dwa tygodnie, ale wtedy już albo w duecie, albo dla odmiany będzie Ania.

Dzięki wielki i do usłyszenia!

 

Literatura do tego odcinaka:

“Wykorzystaj swoje silne strony” – Marcus Buckingham
“Po pierwsze: złam wszelkie zasady” – Marcus Buckingham, Curt Coffman
“Odkryj silne strony twojego dziecka” – Jenifer Fox
“Siła nawyka” – Charels Duhigg

Pokaż więcej

Jak słuchać naszego podcastu:

Możesz nas słuchać praktycznie wszędzie. Siedząc przed komputerem, jak również będąc w ruchu, za pośrednictwem Twojego telefonu. Mówiąc krótko kiedy chcesz i tak jak lubisz.

Recenzuj nasz podcast

Kiedyś w sklepach na konopnym sznurku wisiał brulion, z którego okładki wielkimi literami krzyczał tytuł książka skarg i zażaleń.
Teraz mamy recenzje. Niekoniecznie tylko ze skargami. Jeśli masz jakieś przemyślenia, wnioski albo rekomendacje dla innych słuchaczy napisz nam recenzję. Będziemy wdzięczni i zmotywowani do dalszej pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 komentarze

  1. Fajny podcast. Chciałbym słuchać na swojej aplikacji, ale nie mogę bez RSS-a. Mogę prosić o wysłanie?